Uczta dla Duszy - Dorota Tu i Tam

Pomoc w ciszy, bez ucieczki w ciszę

Season 1 Episode 43

Use Left/Right to seek, Home/End to jump to start or end. Hold shift to jump forward or backward.

0:00 | 17:31
Autorka tekstu analizuje różnorodne sposoby, w jakie ludzie reagują na trudne doświadczenia energetyczne oraz tak zwane ataki ciemności. Podkreśla, że każdy człowiek posiada odmienny poziom świadomości i unikalny bagaż życiowy, co determinuje jego wrażliwość na otaczającą przestrzeń. Zamiast zadawania zbędnych pytań czy analizowania sytuacji, Dorota sugeruje udzielanie wsparcia poprzez działanie w ciszy oraz utrzymywanie spokojnej obecności. Kluczowe jest, aby nie wycofywać się w obliczu cudzego kryzysu, lecz oferować pomoc opartą na intuicji i czystej intencji. Tekst promuje ideę, że małe gesty wykonywane z dystansem i mądrością mogą stać się dla kogoś skutecznym kołem ratunkowym. Całość stanowi przewodnik po empatycznym reagowaniu na niskie wibracje bez ulegania własnemu lękowi.

Zapraszamy na blog: Dorota Tu i Tam

Dobrze, rozłożmy to na czynniki pierwsze. Wyobraźmy sobie taką sytuację, z którą pewnie każdy z nas kiedyś się spotkał. Ktoś z naszego najbliższego otoczenia przechodzi przez jakiś potężny kryzys. Widzimy, że cierpi, że coś go absolutnie przytłacza, prawda? Może wręcz tak fizycznie kuli się w sobie. Tak, to jest ten moment, kiedy aż czuć to napięcie w powietrzu. Dokładnie. I co my wtedy robimy tak czysto odruchowo? Zaczynamy zadawać pytania. Co się stało? Jak mogę Ci pomóc? Słuchaj, powiedz mi o co chodzi. Przecież musimy to rozwiązać. Zalewamy tę osobę słowami. No właśnie, zrzucamy na nią całą lawinę słów, a pomyślmy o zachowaniu człowieka w takim jak to określa nasze dzisiejsze źródło skrajnym kryzysie emocjonalnym czy energetycznym, jak o zawieszonym systemie operacyjnym w komputerze. O, to jest bardzo dobra analogia. Panicę gorączkowo uderzać w klawiaturę, wpisywać kolejne komendy. To ten system tylko jeszcze bardziej się zadławi. I w końcu całkowicie padnie. Czasami to, czego ten przebodźcowany system i ten człowiek najbardziej potrzebuje, to po prostu cichy, bezpieczny reset. Zgadza się. I zrozumienie tego mechanizmu, tego cichego resetu, to jest cel naszej dzisiejszej dogłębnej analizy. Bierzemy na warsztat niezwykle fascynujący i skłaniający do refleksji wpis z bloga do rotytu i tam. Wpis nosi tytuł Pomoc w ciszy bez ucieczki w cisze. Wiesz, to jest temat, który trafia w sam punkt. Bo my żyjemy w kulturze absolutnego nadmiaru słów. Oj, tak, zdecydowanie. Jesteśmy uwarunkowani, dosłownie uczeni od najmłodszych lat, że absolutnie każdy problem trzeba, zwerbalizować, zracjonalizować, ubrać w odpowiednie zdania i poddać logicznej obróbce. Zgadzam się w stu procentach. A milczenie. Milczenie w obliczu czy jego cierpienia my często traktujemy jako błąd w sztuce, jako brak empatii, albo wręcz jako ucieczkę od odpowiedzialności, prawda? Dokładnie tak. Że niby nas to nie obchodzi. Właśnie. A materiał, nad którym się dzisiaj pochylamy, on proponuje całkowite, radykalne odwrócenie tej tendencji. To wymaga od nas porzucenia tych naszych, ratowniczych, przegadanych nawyków. I naszą misją dzisiaj jest zrozumienie, dlaczego te słowa tak często po prostu z wielkim hukiem zawodzą. Szczególnie gdy ktoś zmaga się z tym, co autorka bloga nazywa atakiem ciemności czy spadkiem sama obecność i to jest ważne, intencja mogą zdziałać więcej niż dopytywanie. Tak. Ale żeby w ogóle pojąć, dlaczego to ciche wsparcie działa, my musimy najpierw przeanalizować taki fundamentalny błąd w naszej komunikacji. To znaczy? To, że my wszyscy, tak na co dzień, zakładamy z góry, że inni ludzie odbierają rzeczywistość dokładnie tak samo jak my. O, to jest prawda, mierzymy wszystkich swoją miarą. Dokładnie. A to jest potężna iluzja. Iuzja, która generuje najwięcej konfliktów, szczególnie w momentach kryzysowych. Bo tekst autorki przypomina, że ten sam obiektywny świat, ta sama sytuacja, a nawet te same słowa są dla każdego człowieka filtrowane w skrajnie odmienny sposób. Wynika to z różnic w tym, co w źródło zostało określone jako zapisy tego życia. Zapisy tego życia, to brzmi ciekawie. Tak, bo to jest cały ten bagaż. Bagar doświadczeń, różne ukryte traumy, podświadome skojarzenia, jakieś obciążenia, z którymi człowiek funkcjonuje, i to one determinują to, gdzie my jesteśmy w naszym rozumieniu przestrzeni. Wiesz, świetną ilustracją tego jest przykład, który pojawia się w tekście. O tak, ten cmentarza. Tak, ten cmentarzem. Czekaj, przypomnijmy to, bo to obrazuje sytuację idealnie. Wyobraźmy sobie cztery zupełnie różne osoby, które spacerują tymi samymi alejkami na cmentarzu. I pierwsza z nich przejdzie i może w ogóle nie zarejestrować, gdzie dokładnie jest. Jej uwaga jest pochłonięta myślami. Po prostu idzie przestrzeń dla niej neutralna. Zwykły spacer. Dokładnie. Ale druga osoba, wchodząc na ten sam teren, nagle staje jak wryta. Fizycznie nie może zrobić kroku. Jest całkowicie przytłoczona ciężarem tego miejsca. A z kolei trzecia osoba, o której mowa w tekście, ona poczuje tak, będzie miała w głowie tylko jedną myśl. Najchętniej cofnęłaby czas, żeby tam w ogóle nie wejść. Będzie chciała natychmiast uciec. Uciec i to jak najdalej. Właśnie, a czwarta osoba? To może być małe dziecko, ale przecież nie tylko. Czasem to dorosły o po prostu innej konstrukcji. Ta osoba będzie tam wiesz, radośnie biegać. O tak. Nie odczuwając absolutnie żadnego ciężaru tego miejsca. I mamy ten sam cmentarz, te same pomniki, te same bodźce wizualne, a pojawiają się cztery drastycznie różne reakcje układu nerwowego i jak mówi źródło energetycznego. I tekst tłumaczy tę rozbieżność poziomem świadomości oraz tym, czy ktoś ma cytując otwarte czy zamknięte odczuwanie przestrzeni. I tutaj muszę wejść w słowo i na chwilę się zatrzymać. Pojawia się pewna wątpliwość. Zastanówmy się tak szczerze nad tą terminologią. Czy to wszystko, o czym teraz mówimy, te reakcje ucieczka, zastyganie, czy to nie jest po prostu kwestia naszej różnej wrażliwości psychologicznej? Albo faktu, że ktoś przechodzi akurat trudną żałobę. Rozumiem, do czego zmierzasz. No bo dlaczego materiał używa takich sformułowań, jak otwarte przestrzenie, zamknięte odczuwanie, czy wspomniane zapisy. To brzmi, wiesz, dość energetycznie, żeby nie powiedzieć wręcz ezoterycznie. I to może niektórych od razu zniechęcić do tych metod. To jest bardzo trafne spostrzeżenie. Rzeczywiście język, którego używa autorka, on wykracza poza taką suchą, kliniczną terminologią psychologiczną, wchodzi mocno w obszar takiego intuicyjnego, znacznie szerszego odczuwania świata. Ale zastosowanie pojęcia przestrzeni czy energii, ono absolutnie nie ma na celu odrzucenia psychologii. Chodzi po prostu o ujęcie człowieka w sposób wielowymiarowy, kiedy źródło mówi o kimś zamkniętym odczuwaniem przestrzeni, to de facto opisuje potężny mechanizm obronny. Czyli to jest po prostu blokada. Tak, taki człowiek całkowicie zablokował swój odbiór bodźców po to, żeby przetrwać. Z kolei ktoś z tym otwartym odczuwaniem chłonie absolutnie wszystko wokół jak gąbka. A w miejscach, które są naładowane tak silnymi emocjami, jak wspomniany cmentarz, to bywa po prostu potwornie przytłaczające. Okej, czyli to nadwrażliwość. W pewnym sensie. I zrozumienie tych własnych reakcji właśnie przez taki pryzmat, sprawia, że my zaczynamy dostrzegać sens w zachowaniach, które na pierwszy rzut oka wydają się kompletnie nielogiczne. W tekście pada nawet takie fajne sformułowanie, że dzięki temu układają się klocki, układają się puzle. Ale sprowadźmy to na ziemię. Bo jeśli ja mam swój układ puzli, a ta cierpiąca osoba obok nie ma swój, no to jak świadomość tej przepaści między nami ma w ogóle pomóc wyciągnąć ją z kryzysu? No i tu dotykamy fundamentu całego procesu, o którym pisze autorka. Bo ta świadomość, że drugi człowiek operuje w zupełnie innej swojej własnej przestrzeni percepcyjnej, to nas powstrzymuje przed najgorszym błędem. Kiedy przestajemy zakładać, że nasza ulubiona metoda radzenia sobie, na przykład takie natychmiastowe usiądźmy i obgadajmy problem, oj, tak, klasyka. Kiedy przestajemy myśleć, że to zadziała na każdego, wtedy dopiero robimy miejsce na taką autentyczną, użyteczną pomoc. I to prowadzi nas prosto do tego, czego w momentach zapaści kategorycznie nie powinniśmy robić. I tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo skoro nasza percepcja tak drastycznie się różni na co dzień, no to w momencie tego ataku ciemności, ta przepaść między mną a osobą, która cierpi, staje się wręcz gigantyczna. Jest ogromna. Co tak naprawdę dzieje się z człowiekiem podczas takiego tąpnięcia? Bo źródło kładzie ogromny nacisk na to, że taki atak niskich wibracji to nie jest tylko trochę gorszy dzień. To nie jest lekki smutek. Nie, absolutnie. Autorka pisze, że to jest stan, który całkowicie dosłownie zmienia człowieka. Taki człowiek zostaje wtedy odcięty od swoich standardowych zasobów poznawczych. Czyli to racjonalne myślenie po prostu wyparuje. Chodzi o to nasze absurdalne oczekiwanie, że ta zaatakowana przez kryzys osoba w ogóle wie, co się z nią teraz dzieje. My wymagamy od niej autorefleji w momencie, gdy ona dosłownie walczy o przetrwanie we własnej głowie. I my wtedy wkraczamy i pytamy: słuchaj, powiedz mi, co mam zrobić, żeby było ci lepiej. O, zadawanie tego pytania to jest według tego ujęcia po prostu fundamentalny błąd w obliczu kryzysu. Dlaczego aż błąd wydaje się przecież taki empatyczny? Wydaje się empatyczny z naszej perspektywy, ale zobacz, zmuszamy w ten sposób osobę w stanie skrajnego wyczerpania energetycznego i emocjonalnego do wykonania gigantycznej pracy analitycznej. My dosłownie obarczamy ją odpowiedzialnością za wymyślenie planu ratunkowego i to dla niej samej, a do tego my musimy jeszcze ten plan zatwierdzić i dopiero wdrażać. Totalny absurd. I tutaj znowu wracam do naszej metafory z systemem, ale dodajmy sobie do tego jeszcze taki obraz kogoś tonącego. O, świetne. Bo oczekiwanie instrukcji od kogoś w tej ciemności, to jest dosłownie tak, jakbyśmy podpłynęli do tonącego człowieka, który właśnie krztusi się wodą i poprosili, żeby nam szczegółowo opisał, jakiego chwytu ratowniczego mamy wobec niego użyć. Tak, wolisz, żebym podał ci kij, czy rzucił koło, i w ogóle jak ty tu wpadłeś? No właśnie, i opowiedz mi szybko histę, zanim ci pomogę. Przecież to jest jakiś absurd. Ten człowiek walczył o chaust powietrza, a naszą najczęstszą reakcją na to, że on nam nie daje instrukcji, co robić, jest nasza własna frustracja. Myślimy sobie, no dobra, nie chcesz pomocy, to nie. Wychodzimy z pokoju, zostawiamy tę osobę samą i liczymy, że to, no nie wiem, jakoś samominie. A ucieczka i chowanie się to jest kolejny ogromny błąd, który punktuje nam to źródło. Ta osoba w kryzysie nawet jeśli krzyczy na nas, żebyśmy sobie poszli i zostawili ją w spokoju, ona gdzieś tam na bardzo głębokim poziomie często potrzebuje naszej stabilnej obecności. Cichej obecności. Ale uważajmy, bo tu czaj się jeszcze jedna pułapka. Bardzo łatwo w nią wpaść przez źle pojętą empatię. Chodzi o wejście w ten sam ból, współodczuwanie do granic możliwości. Aha, nie wolno nam pod żadnym pozorem samym osuwać się w te niskie wibracje, zarażać się tym smutkiem i wiesz, panikować razem z tą osobą. Czyli to jest to takie wskakiwanie do wody z kamieniem u szyi, żebyśmy mogli solidarnie zatonąć, tak? To definitywnie odpada. No to znaleźliśmy się w bardzo ciasnych ramach. Zobacz, nie możemy używać słów do analizy. Zgadza się? Nie możemy wypytywać o instrukcję. O racjonalnej dyskusji w ogóle zapominamy. Nie wolno nam uciec z spokoju, ale też nie wolno nam płakać i rezonować z bólem tej osoby. Jak w takim razie w ogóle nieść tę pomoc? I tutaj materiał stawia swoją najmocniejszą, chyba najbardziej radykalną tezę w całym tekście. Mianowicie, że jedynym skutecznym działaniem w takim momencie staje się milczenie, cisza. Cisza jest tutaj traktowana jako absolutnie najpotężniejsze narzędzie interwencji. Bo w momencie takiego tompnięcia te wszystkie słowa działają jak papier ścierny na otwartą ranę. One tylko rozdrażniają, wymuszają wysiłek i zakłócają proces, który tak naprawdę musi się po prostu samoistnie wypalić. Pomoc w ciszy polega na pełnym zaufaniu, na ugruntowaniu samych siebie. Wtedy intuicyjne wskazówki, co robić dalej przyjdą do nas naturalnie. Okej, ale źródło mówi też o czymś, co jest warunkiem brzegowym, o naszej intencji. Autorka wspomina o filarach, takich jak wolność, miłość, prawda i mądrość. I wiesz co, tutaj znowu muszę wejść w rolę adwokata diabła. Dawaj, zamieniam się w słuch. Bo tekst podaje niezwykle obrazowe, takie wręcz metaforyczne metody wspierania w tej ciszy. Pisze o otuleniu kocem, ale uwaga, bez dotyku, wspomina o wystawieniu dłoni, ale tylko z oddali. Proponuje otwarcie sufitów wyobraźni, wpuszczenie powietrza, czy oczyszczanie przestrzeni jakimś energetycznym wirem. Tak, to prawda. Powiem ci szczerze, no dla kogoś twardo stąpającego po ziemi, to brzmi jak magia, po prostu ja mam stać w pokoju obok płaczącego człowieka i w myślach mam mu otwierać sufit albo kręcić wokół niego wirem. Czy ja w ten sposób przypadkiem nie uciekam w fantazję, zamiast mu realnie pomóc. Rozumiem twój sceptycyzm. I podejrzewam, że wielu może tak to odbierać, bo my mamy ten kulturowy nawyk domagający się namacalnej akcji, prawda? No tak, podać chusteczkę, poklepać po ramieniu. Uścisnąć, powiedzieć będzie dobrze. Ale rozłóżmy te tzw. ezoteryczne działania na czynniki pierwsze. Zobacz, kiedy ktoś ma atak paniki albo osuwa się w jakiś wielki mrok, jego granice stają się niewyobrażalnie wręcz kruche. I fizyczne objęcie takiej osoby może być przez ten nadraźliwy układ nerwowy odebrany jako atak, jako ostateczne naruszenie bezpieczeństwa. Czasem wręcz odpychają nas fizycznie. Właśnie. Dlatego ta instrukcja otulenia kocem bez dotyku to nie jest magia. To jest instrukcja, by wykreować wokół niej przestrzeń akceptacji. Nasza postawa ciała, wiesz, rozluźnione mięśnie, spokojny wzrok, to wysyła superczytelny, niewerbalny sygnał. Ja tu jestem, nikt cię teraz nie ocenia. My po prostu działamy naszą ustabilizowaną obecnością. Okej, czyli my po prostu tworzymy wokół tej osoby taki niewidzialny, bezpieczny bufor. Tak. No dobra, a co z tym, nie wiem, otwieraniem sufitu i oczyszczaniem wirem, bo jeśli ja jej nie dotykam, nie mówię do niej, no to w jaki sposób to, że ja sobie wyobrażam wir w głowie, ma pomóc jej? Ten mechanizm jest w gruncie rzeczy niezwykle pragmatyczny. Pomyśl, kiedy my widzimy kogoś bliskiego w potężnym cierpieniu, to co się w nas uruchamia: Stres. Potężny stres. Tak, uruchamia się stres, my sami zaczynamy oddychać bardzo płytko, spinamy się w sobie, zaczynamy emanować wręcz taką nerwowością w powietrzu. My chcemy to naprawić natychmiast na siłę. Zgadza się? I tutaj wchodzą te wizualizacje. Skupienie naszej uwagi na takim mentalnym akcie wyobrażenie sobie czyszczącego wiru czy otwierania okien i sufitu, to zmusza naszą własną uwagę do przekierowania się. My po prostu przestajemy patrzeć na tę cierpiącą osobę z tym przerażeniem i presją zamiast tego zaczynamy kontrolować własny oddech. Obniżamy nasze tętno. My zakotwiczamy się tu i teraz. Innymi słowy, my uspokajamy nasz własny system nerwowy. Wow! Powiem ci, to jest genialne w swojej prostocie, bo w tym momencie następuje ta prawdziwa transformacja, ta osoba w kryzysie. Ona wprawdzie nie myśli logicznie, ale ona odczuwa na takim, na zwierzęcym wręcz poziomie zagrożenie. Dokładnie. A ta skoncentrowana, spokojna energia kogoś, kto siedzi obok, działa na nią jak taki biologiczny wręcz regulator. Ja przestaję być dla niej tym kolejnym głośnym bodźcem, ja przestaje wymagać, żeby wzięła się w garść, a staje się oparciem. Rzucenie jej małego koła ratunkowego w tę ciemność. Ta osoba dostaje przestrzeń, w której nagle nie ma już żadnej presji. Otoczenie przestaje ją atakować. I ona wtedy, w swoim tempie, może złapać to niewidzialne koło i zacząć wypływać na powierzchnię. Warto pamiętać, że czasami najgłośniejszym i tym najbardziej leczniczym komunikatem, jakim my możemy wysłać do drugiego człowieka, jest to, czego po prostu postanowimy nie powiedzieć.