Uczta dla Duszy - Dorota Tu i Tam
Historie codziennego życia, które wspierają w poznaniu siebie i zrozumieniu naszych reakcji. Artykuły są na stronie https://www.dorotatuitam.pl Zachęcam do przesłuchania.
Uczta dla Duszy - Dorota Tu i Tam
Wybory, czy można wybrać w zgodzie?
Use Left/Right to seek, Home/End to jump to start or end. Hold shift to jump forward or backward.
Zapraszamy na blog: Dorota Tu i Tam
Witaj w przestrzeni Dorotyczyszczonik. Słowa z bloga Dorotuitam odnajdują swój głos. Usiądź, poczuj i posłuchaj. Zapraszam na ucztę dla Twojej duszy. Dobra, zacznijmy dzisiejszą eksplorację od czegoś, co chyba każdy z nas bardzo dobrze zna. Wystarczy przywołać w pamięci ten, no wiesz, ten taki specyficzny wieczorny moment. Oj tak, kiedy po całym dniu chcemy po prostu usiąść i odpocząć. Dokładnie. Koniec długiego dnia siadamy na kanapie, no i mamy ten jeden banalny zamiar obejrzeć jakiś film. Odpalamy platformę streamingową i nagle zamiast relaksu pojawia się takie w sumie dziwne napięcie. Bo ekran dosłownie zalewa nas tysiącami okładek. Jasne, gatunki, rekomendacje, powiadomienia, mijają minuty, przewijamy te kolejne rzędy propozycji. I w końcu po jakiejś pół godzinie tego, umówmy się, wyczerpującego procesu, po prostu wyłączamy telewizor. To jest fascynujące, jak mechanizm, który z założenia miał nam dostarczyć rozrywki, stał się nagle źródłem jakiejś dziwnej frustracji. No właśnie. I jeśli taki paraliż pojawia się przy wyborze, który tak naprawdę nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla naszego życia, to warto postawić tu takie fundamentalne pytanie, dlaczego w świecie, w którym mamy swobodny dostęp do wszystkich możliwych opcji, samo to podejmowanie decyzji stało się taką obezwładniającą torturą. Sugeruje się nam na każdym kroku, że im więcej dróg mamy do wyboru, tym większa jest nasza wolność. Tymczasem w praktyce każdy z nas widzi coś zupełnie odwrotnego. Im szerszy mamy wachlarz możliwości, tym większe jest to poczucie zagubienia. Racja. Zjawisko to staje się jeszcze bardziej problematyczne, gdy z poziomu tych trywialnych decyzji o spędzaniu wolnego wieczoru przechodzimy do fundamentalnych kwestii życiowych, na przykład wybór ścieżki zawodowej. Dokładnie praca, miejsce zamieszkania czy relacje, w które inwestujemy nasz czas i energię. I to jest właśnie główna oś naszej dzisiejszej dogłębnej analizy. Będziemy przyglądać się temu, dlaczego codzienny proces decyzyjny tak drastycznie drenuje nas z energii. No i oczywiście, jak można ten ciężar w końcu zrzucić. Punktem wyjścia do tego dzisiejszego zanurzenia w temat jest tekst pochodzący z bloga Dorota tu i tam, wpis zatytułowany Wybory, czy można wybrać w zgodzie. Bardzo ciekawy materiał. Tak, ale zanim wejdziemy głębiej w same argumenty autorki, myślę, że trzeba nakreślić ten specyficzny klimat samego źródła. Bo to nie jest kolejny portal z takimi pragmatycznymi korporacyjnymi poradami o tym, jak sobie optymalizować czas w kalendarzu. Zdecydowanie nie, to zupełnie inny biegun. Przewijają się tam wiersze, historie, autorka zachęca do bardzo mocnego zajrzenia w głąb siebie. I to jest właśnie to, co sprawia, że ten materiał jest tak intrygujący do analizy. Z jednej strony operujemy w obszarze, można powiedzieć, niemal ezoterycznym, mówimy o energii, o głębokiej duchowości, a z drugiej strony autorka uderza w problemy do bólu przyziemne i powszechne bardzo życiowe. Tak analizuje te codzienne zmagania z zakupami, jakieś dylematy związane z planowaniem wyjazdów, trudności w relacjach czy taką presję w rozwoju zawodowym. Wskazuje po prostu, że w każdej z tych sfer ludzki aparat decyzyjny zwyczajnie się zacina. W tekście pada bardzo mocna teza, tłumacząca ten stan rzeczy. Świat zewnętrzny wytresował nas do ciągłego dokonywania mechanicznych wyborów. Wytresował nas - mocne słowo ale trafne, bo problem polega na tym, że chociaż nauczyliśmy się samego aktu wybierania, wiesz pomiędzy opcją A i opcją B, to w tym pędzie całkowicie zgubiliśmy zdolność rozpoznawania, co jest dla nas faktycznie dobre. Nie wiemy już, czego tak naprawdę chcemy. Więc każde rozwidlenie dróg wywołuje taki wewnętrzny konflikt. Kiedy czytałem ten fragment w przygotowaniach, to od razu stanął mi przed oczami taki klasyczny obraz z wielkiego supermarketu. Oj, czyli dylemat przy półce z jedzeniem. Tak, dokładnie. Stoisz przed tym gigantycznym regałem, na którym jest chyba z 300 różnych rodzajów płatków śniadaniowych. Z jednej strony masz te zdrowe, z drugiej te smaczniejsze, z witaminami, bezglutenowe, eko, w jakiejś tam wielkiej promocji, no i oczywiście w pięknym opakowaniu. Nasz mózg desperacko próbuje przeanalizować te wszystkie zmienne w jednym ułamku sekundy. Szukając tej idealnej, najbardziej racjonalnej opcji. Właśnie. I to się kończy takim absolutnym paraliżem analitycznym, a ten sam mechanizm, tylko w nieporównywalnie większej skali oczywiście, odpala się w nas, gdy musimy zdecydować, czy na przykład przyjąć nową ofertę pracy na drugim końcu kraju. Uruchamiamy w głowach potężne arkusze kalkulacyjne, starając się przewidzieć dosłownie każdą możliwą konsekwencję. Co tu jest fascynujące, to fakt, że autorka bloga stawia w kontrze do tego analitycznego, wyczerpującego modelu pewną koncepcję. Nazywa ją koncepcją wolnego wyboru. I co bardzo ważne, dodaje do tego kluczowy warunek. Mianowicie ma to być wolny wybór zgodny z sercem i duszą. To jest całkowite przesunięcie naszego paradygmatu decyzyjnego. W jakim sensie? Zamiast szukać obiektywnie najlepszej opcji na zewnątrz, zamiast polegać na tych tabelkach zysków i strat, o których mówiłeś, źródło proponuje po prostu skierowanie uwagi do wewnątrz, sprawdzenie, czy dana decyzja w ogóle rezonuje z naszą wewnętrzną konstrukcją. Okej, ale muszę w tym miejscu trochę wejść w rolę adwokata diabła i zgłosić pewną wątpliwość. Bo kiedy zderzamy poetycki język, to mówienie o duszy, mówienie o sercu, z taką wiesz, brutalną, twardą prozą życia, pojawia się pewien zgrzyt. Masz na myśli, że to brzmi mało życiowo? Trochę tak, bo łatwo jest mówić o energetyce, siedząc spokojnie na macie do medytacji, ale jak to się ma do sytuacji, gdy przed nami na stole leży umowa o kredyt hipoteczny z określonym oprocentowaniem na 30 lat. Albo gdy w grę wchodzi błyskawiczna decyzja biznesowa. Czy kierowanie się sercem nie brzmi w takich twardych momentach odrobinę zbyt naiwnie? Rozumiem, do czego zmierzasz. Zastanawiam się, jak to najlepiej wytłumaczyć. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że słowa dusza i finanse rzadko pasują do jednego zdania. Ale co ciekawe, wczytując się w strukturę tego wpisu wyraźnie widać, że autorka w ogóle nie namawia do porzucenia logiki czy jakiejś ucieczki od twardej rzeczywistości. Ostrzej argumentacji jest wymierzone w coś zupełnie innego, w ciężar ostateczności. Ciężar ostateczności. Tak, bo głównym powodem, dla którego decyzje nas tak przytłaczają, nie jest sam fakt, że musimy coś wybrać. Koncepcja wolnego wyboru ma na celu przede wszystkim zrzucenie tego gigantycznego balastu. O, i tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo to wręcz dotyka potężnego problemu kulturowego. Prawda. Od najmłodszych lat wmawia się każdemu z nas, że musimy wybrać tę jedną, właściwą ścieżkę. Wybiera się jeden kierunek studiów, który ma zdefiniować całe nasze życie zawodowe na dekady. Potem jedną profesję, jedno miasto do osiedlenia się. Dokładnie tak. Budujemy z tych decyzji taki wielki, betonowy fundament i wydaje się nam, że każda, nawet najmniejsza próba zmiany po prostu zburzy całą tożsamość. Traktuje się życiowe wybory jak wyroki sądowe, od których po prostu nie ma żadnej apelacji. Autorka pokazuje nam, że nie ciąży na nas żaden kosmiczny, niewzruszony obowiązek zamykania się na jedną drogę, rzecz czy osobę, jak to określa do końca tego wcielenia. Elastyczność, o której ona mówi, to coś znacznie głębszego niż tylko takie zwykłe zmienianie zdania, bo ktoś ma taki kaprys, a co za tym naturalnie idzie prawo do potrzebowania w życiu innych rzeczy i innych rozwiązań. Czyli decyzja podjęta w zgodzie z sercem dzisiaj dotyczy tego człowieka, którym jesteśmy dzisiaj. Nie musi wiązać człowieka, którym staniemy się na przykład za 10 lat. Właśnie o to chodzi. Taka perspektywa niesamowicie ale to drastycznie obniża stawkę, o jaką w ogóle toczy się ta cała gra. Jeśli nałożymy na to wszystko poprawkę i zdejmiemy z decyzji łatkę na zawsze, to ten cały paraliż nagle znika. Bo błąd nie jest już życiową katastrofą. Jasne, błąd to jest jedynie informacja zwrotna dla tego naszego przyszłego ja. Żeby to jakoś tak lepiej zobrazować, autorka przytacza kilka konkretnych przykładów ze swojej rzeczywistości. Zaczyna od przestrzeni relacji międzyludzkich, co umówmy się, samo w sobie bywa potężnym polem minowym dla każdego z nas. Wskazuje tam, że można na przykład przyjaźnić się z dwiema lub trzema osobami naraz. Tak, ale dodaje do tego kluczowy warunek czystej intencji. No właśnie. A to eliminuje tę szkodliwą presję na wyłączność. Zwróć uwagę, że to uderza w taki bardzo powszechny, wręcz niepisany kontrakt społeczny, według którego prawdziwe zaangażowanie wymaga niemal natychmiastowego odcięcia się od innych alternatyw. Wiele osób, podświadomie zresztą, wierzy, że lojalność oznacza monopol na czyjś czas czy uwagę. Zgadza się. Autorka sugeruje, że relacje oparte na tym wolnym wyborze nie muszą opierać się na przymusie wyłączności, by wciąż być głębokie i autentyczne. Można czerpać z wielu wspaniałych źródeł pod warunkiem, że intencje wobec tych osób są absolutnie transparentne i czyste. Po prostu nie musimy kogoś posiadać na własność, by ta relacja była dla nas właściwym wyborem. Autorka bardzo ładnie sugeruje, że przy tym prawdziwym wolnym wyborze, tym wypływającym z duszy, umysł człowieka zaczyna się zachowywać zupełnie, ale to zupełnie inaczej. To znaczy, pojawia się w nim taka niezwykła gładkość i po prostu cisza. A co jeśli nasz prawdziwy rozwój nie powinien polegać wcale na ciągłym budowaniu potężniejszego mięśnia do dźwigania opcji? Biorąc pod uwagę to wszystko, co dzisiaj wspólnie przeanalizowaliśmy na bazie tekstu, to być może kolejnym krokiem w zdobywaniu trwałej wewnętrznej wolności nie jest ciągłe usprawnianie tej naszej mentalnej aparatury do decydowania. Może ratunkiem nie jest to słynne, jak wybierać lepiej, ale świadome. I powiedzmy to głośno, drastyczne zminimalizowanie samej liczby spraw, zamiast lepiej żeglować i nawigować po tym wielkim oceanie, pełnym sztucznie nakręcanych potrzeb i bodźców, to może czas po prostu dobić i wyjść na suchy ląd. Warto skonfrontować się z tą nieco prowokacyjną myślą, zobaczyć w ciszy, jak wielu codziennych, wyczerpujących dylematów, z którymi dziś każdy z nas tak zawzięcie walczy, można by zwyczajnie uniknąć. Po prostu nigdy w nie wchodząc. I z tą otwartą perspektywą zostawiamy tę refleksję w przestrzeni na sam koniec dzisiejszej analizy. Dziękuję ci za wspólnie spędzony czas. Niech to, co usłyszałeś, pracuje w tobie łagodnie. Jeśli czujesz, że ta treść może kogoś wesprzeć, podaj ją dalej. Zapraszam Cię też do subskrypcji. Do powodzenia w odkrywaniu własnej prawdy. Do usłyszenia!