Uczta dla Duszy - Dorota Tu i Tam

Czy martwienie w czymś pomoże?

Season 1 Episode 52

Use Left/Right to seek, Home/End to jump to start or end. Hold shift to jump forward or backward.

0:00 | 15:44
Ten tekst stanowi refleksję nad różnicą między lękowym zamartwianiem się a konstruktywną troską, podkreślając ich odmienny wpływ na naszą energię życiową. Autorka argumentuje, że ciągły niepokój niesie ze sobą niskie wibracje i strach, które mogą negatywnie oddziaływać na nasze samopoczucie oraz relacje z innymi. Zamiast ulegać paraliżującym obawom, publikacja zachęca do wybierania czułości, uważnej obecności i delikatnej opieki, które budują wspierającą przestrzeń. Nawet na odległość możemy przekazywać bliskim pozytywne emocje i spokój, co okazuje się znacznie bardziej pomocne niż samo tkwienie w problemach. Wpis na blogu promuje świadome zarządzanie własnym stanem emocjonalnym oraz dbanie o energetyczną higienę codzienności. Całość służy jako krótki przewodnik po zamianie lęku na miłość, co ma przynieść ulgę zarówno nam, jak i osobom w naszym otoczeniu.

Zapraszamy na blog: Dorota Tu i Tam

SPEAKER_00

Witaj w przestrzeni Dorotyczyszczonik. Słowa z bloga Dorota Titam odnajdują swój głos. Usiądź, poczuj i posłuchaj. Zapraszam na ucztę dla Twojej duszy.

SPEAKER_01

Kiedy bliski człowiek łamie nogę, to sprawa wydaje się, no niezwykle prosta do ogarnięcia.

SPEAKER_02

Prawda? Absolutnie. Widać problem gołym okiem.

SPEAKER_01

Właśnie. Mamy konkret: jest prześwietlenie, jest ten gips, no i pojawiają się kule rehabilitacyjne.

SPEAKER_02

I natychmiast włącza się w nas taka wiersz naturalna potrzeba fizycznej pomocy.

SPEAKER_01

Dokładnie tak. Trzeba przynieść jakieś ciężkie zakupy, ugotować obiad, pomóc wejść po schodach. To wszystko jest takie absolutnie namacalne. Zgadza się. Instrukcja obsługi takiego kryzysu jest dla każdego w zasadzie jasna i czytelna. Witamy serdecznie w dzisiejszej analizie z tej strony.

SPEAKER_02

Mhm.

SPEAKER_01

No właśnie, będziemy dzisiaj głęboko wchodzić w temat, który jest trochę mniej namacalny niż ten przysłowiowy gips. No właśnie, mózg uwielbia to, co widzi. Daje to takie ogromne poczucie kontroli i sprawczości. Co w sytuacjach stresowych jest niezwykle kojące dla tej osoby pomagającej?

SPEAKER_02

Oczywiście. Ale rodzi się pytanie, co się dzieje, kiedy ten sam bliski człowiek przechodzi przez kryzys, którego no jakby nie widać na żadnym zdjęciu rentkienowskim.

SPEAKER_01

No właśnie. Kiedy mowa na przykład o załamaniu emocjonalnym.

SPEAKER_02

Albo wypaleniu zawodowym.

SPEAKER_01

Albo jakimś trudnym momencie w relacji.

SPEAKER_02

Tak, czy jakiejś po prostu wewnętrznej blokadzie. Nagle ta przejrzysta instrukcja nam znika, nie ma gipsu, który można tak fizycznie założyć i co się wtedy najczęściej uruchamia?

SPEAKER_01

Panika. O, to to. Zaczyna się panika i zaczyna się takie bardzo intensywne, wiesz, głośne martwienie się.

SPEAKER_02

I to jest fascynujące z punktu widzenia psychologii, bo kulturowo panuje takie przekonanie, że to nasze, znaczy to głębokie martwienie się jest odpowiednikiem tego gipsu. Dokładnie. Że to jest ta najwyższa forma naszej pomocy i wsparcia.

SPEAKER_01

Tylko warto w tym miejscu zadać sobie pytanie, czy ten powiedzmy sobie, emocjonalny gips, czy on w ogóle cokolwiek leczy.

SPEAKER_02

Z mojej perspektywy, patrząc na te mechanizmy psychologiczne, to bardzo często okazuje się, że jest to jedynie taki dodatkowy, niepotrzebny balast, który zupełnie nieświadomie zresztą kładziemy tej cierpiącej osobie na plecy.

SPEAKER_01

Czyli zamiast usztywniać złamanie, to odbieramy jej możliwość ruchu.

SPEAKER_02

Misją dzisiejszej dyskusji jest przyjrzenie się tej różnicy.

SPEAKER_01

Różnicy między martwieniem się a troską. Ponieważ nagminnie te dwa stany wrzucamy po prostu do jednego worka. A to błąd. Potężny błąd. Bazą do naszej dzisiejszej analizy jest krótki, ale no niesamowicie wręcz esencjonalny tekst. Pochodzi z bloga pod tytułem Dorota tu i tam, wpis jest zatytułowany wprost i tu zacytuję: Czy martwienie w czymś pomoże. Wyobraźmy sobie taki proces martwienia się jako wiesz, intensywne bujanie się w fotelu na biegunach.

SPEAKER_02

OK.

SPEAKER_01

Wkłada się w to ogromne ilości wysiłku. Mięśnie są napięte, tętno nam rośnie, oddech przyspiesza, prawda? Mamy tu ciągłą akcję, ciągły ruch.

SPEAKER_02

Człowiek się spala, spala za soby.

SPEAKER_01

Dokładnie. Ale popatrzmy na finał tej akcji. Po godzinie, po dwóch czy tam pięciu godzinach takiego intensywnego bujania się, fotel nadal stoi w tym samym punkcie w pokoju.

SPEAKER_02

Nie posunął się nawet o milimetr.

SPEAKER_01

Ani o milimetr. Cały ten wysiłek generuje wyłącznie zadyszkę i pogłębiający się niepokój, absolutnie nie rozwiązał żadnego problemu. I tu się pojawia gigantyczny znak zapytania. Dlaczego kulturowo tak mocno zespawaliśmy to bezproduktywne, wyczerpujące bujanie się w fotelu z miłością, z byciem zaangażowanym.

SPEAKER_02

Ten kulturowy bagaż to jest w ogóle fascynujący wątek, bo historycznie my po prostu utożsamiamy wysiłek emocjonalny zlojonnością, z oddaniem.

SPEAKER_01

Że jak cierpię razem z tobą, to znaczy, że mi zależy.

SPEAKER_02

Właśnie. Cierpienie współdzielone wydaje nam się jakieś takie szlachetniejsze. Pokutuje to przekonanie, że jak nie widać po kimś niepokoju, no to relacja chyba nic dla niego nie znaczy.

SPEAKER_01

Ale jak przyłożymy to na język autorki z tego wpisu, to obraz się drastycznie zmienia.

SPEAKER_02

Tak, tam pada bardzo mocne zdanie, że martwienie się to, i tu cytat, przekazywanie już obarczonych strachem emocji o bardzo niskiej wibracji. Jak uruchamia się w nas martwienie, to główną emocją napędową powiedzmy sobie szczerze, nie jest czysta miłość. Tylko głęboki strach. To jest ten lęk, że komuś nie wyjdzie, po prostu skończy się katastrofą.

SPEAKER_01

Czyli pod tym płaszczykiem deklaracji typu Ja tylko chcę dla Ciebie dobrze, bo cię bardzo kocham, w zasadzie wysyła się taki podskórny, mocny komunikat.

SPEAKER_02

Jaki komunikat?

SPEAKER_01

Nie wierzę, że sobie z tym poradzisz. To jest wotum nieufności wobec możliwości drugiej osoby.

SPEAKER_02

Uderzyłeś w sam rdzenie problemu. Jak pomyślimy o tym na poziomie czystej biologii, no to strach to są spiąte ramiona. To jest spłacony oddech, nerwowy ton głosu, wiesz, taka chaotyczna mowa ciała, plus natłok pytań uderzających z prędkością karabinu maszynowego. I teraz wyobraźmy sobie człowieka w samym środku potężnego kryzysu. Jego własny układ nerwowy jest już przeciążony.

SPEAKER_01

Człowiek przysłowiowo tonie.

SPEAKER_02

Tonie i nagle w jego przestrzeni pojawia się bliska osoba, żeby rzucić to koło ratunkowe. Tak, tylko że ta osoba emanuje chaosem, wnosi własne lęki, własne napięcie i spłacony oddech. Intencja jakby była najczystsza pod słońcem.

SPEAKER_01

Ale efekt tej akcji ratunkowej jest taki, że ta tonąca osoba musi od teraz utrzymać na powierzchni nie tylko siebie, ale i tego spanikowanego ratownika. Zamiast dawać stabilny grunt, relacja zostaje obciążona nowym ciężarem. Ten ratownik martwiący się, staje się w zasadzie kolejnym problemem do rozwiązania.

SPEAKER_02

Ten mechanizm zarażania emocjonalnego tak właśnie działa.

SPEAKER_01

No dobrze, skoro tak wyraźnie widać, że to całe martwienie się to po prostu sypanie piasków w tryby, no to pojawia się pytanie o alternatywę.

SPEAKER_02

I tu autorka tekstu nie zostawia nas bez diagnozy. Pisze krótko, zamień właśnie martwienie się w troskę.

SPEAKER_01

Brzmi jak bardzo ładny, poetyczny wręcz slogan, tylko jak to zrobić? Tak czysto operacyjnie. Przecież nie da się pstryknąć palcami i przestać czuć emocji, zwłaszcza jak chodzi o bliską osobę.

SPEAKER_02

I tutaj właśnie blok okazuje się bardzo praktyczny. Bo sprowadza ten wielki koncept do małych kroków. Autorka proponuje dwa wymiary. Pierwszy, kiedy dzieli nas odległość fizyczna, drugi, kiedy jesteśmy obok.

SPEAKER_01

W przypadku odległości wskazówka jest, wiesz, może dla niektórych zaprosta, żeby po prostu wysłać kilka radosnych słów.

SPEAKER_02

Że taki drobny komunikat to w zupełności wystarcza.

SPEAKER_01

Tak, ale o wiele ciekawsze moim zdaniem jest to, co dzieje się, gdy jesteśmy obok, fizycznie. Autorka sprowadza troskę do niemalże banalnej czynności.

SPEAKER_02

Do zrobienia kubka ciepłej herbaty, prawda?

SPEAKER_01

Dokładnie. Ale pada tam też kilka słów, które budują zupełnie inną powiedzmy architekturę emocjonalną. Pada słowo opieka, czułość, i co ważne, znalezienie czasu na ciszę.

SPEAKER_02

Zatrzymanie się przy słowie czułość jest tu absolutnie kluczowe.

SPEAKER_01

To zupełnie inna galaktyka niż głośne martwienie się.

SPEAKER_02

O tak. Bo czułość wyklucza z definicji pośpiech i napięcie. Wymaga zwolnienia tempa, rozluźnienia ciała, miękłości głosu. I ten kubek herbaty to fascynujący mechanizm regulacji emocjonalnej.

SPEAKER_01

Zastanawiałem się nad tym, dlaczego właśnie herbata.

SPEAKER_02

Bo parzenie herbaty wymaga czasu, wymaga takich powolnych, fizycznych, monotonnych wręcz czynności. Musisz zagotować wodę, musisz poczekać aż napar na bieże mocy. Samopodanie tego ciepłego kubka działa na zmysły. Ciepło fizycznie rozluźnia napięte mięśnie.

SPEAKER_01

A samotopicie, połykanie jakby zmusza do głębszego oddechu, przełknięcia śliny.

SPEAKER_02

Co z kolei stymuluje nerw błędny, a on odpowiada za uspokojenie organizmu.

SPEAKER_01

Czyli to nie jest tylko taki miły gest na odczepnego, to jest realne narzędzie do zmiany stanu fizjologicznego obu osób w pokoju.

SPEAKER_02

Dokładnie.

SPEAKER_01

Brzmi to sensownie, bardzo sensownie, ale muszę tu podrzucić małe wyzwanie dla tej koncepcji, odegrać takiego trochę adwokata diabła.

SPEAKER_02

Proszę bardzo.

SPEAKER_01

Jak się czyta ten fragment o herbacie i tej ciszy, jest tam pewne zdanie. Autorka mówi, czasem musisz po prostu poczekać i być na długo, tyle, ile trzeba. A teraz, gdybyśmy wyobrazili sobie kogoś, kto patrzy na bliską osobę, która jest pogrążona w głębokim dole, w apatii. Przecież naturalnie buzuje w nas potrzeba ewolucyjna wręcz, żeby coś natychmiast zrobić, szarpać, podsuwać plany ratunkowe.

SPEAKER_02

Posiedź w ciszy i czekaj.

SPEAKER_01

No właśnie, z perspektywy ratownika to brzmi niemal jak jakaś kapitulacja, jak bierna obserwacja tonącego statku.

SPEAKER_02

Ten opór jest całkowicie naturalny, wpojono w nas taką kulturę działania, prawda? Jak nic nie robisz fizycznie, to znaczy, że ignorujesz problem.

SPEAKER_01

I zmiana tej perspektywy wydaje się, no bardzo trudna. Szukając jakiegoś obrazu, który by pomógł zrozumieć ten brak fizycznego pośpiechu, wpadłem na metaforę ogrodnika.

SPEAKER_02

O, ciekawe, jak to widzisz?

SPEAKER_01

Wyobraźmy sobie sadzenie nasiona w doniczce. Wiadomo, natura potrzebuje czasu na wykiełkowanie. Jak by to wyglądało, gdybyśmy chcieli ten proces przyspieszyć poprzez takie nasze martwienie się?

SPEAKER_02

Prawdopodobnie byśmy to zepsuli.

SPEAKER_01

No ogrodnik stałby nad tą doniczką z zaciśniętymi pięściami i krzyczał. Rośnij! Dlaczego nic się nie dzieje? A co jak zgniłeś w tej ziemi? Pokaż korzenie.

SPEAKER_02

I zacząłby grzebać palcami w ziemi.

SPEAKER_01

Rozgrzebywać, sprawdzać postępy. Przy okazji niszcząc te delikatne, mały pędy, no czysty absurd.

SPEAKER_02

Absolutny absurd, przecież nie zmusimy rośliny do wzrostu krzykiem.

SPEAKER_01

Dokładnie. Narzędzia ogrodnika to zapewnienie odpowiednich warunków. Woda na słonecznienie to jest nasz odpowiednik tej troski i kubka ciepłej herbaty.

SPEAKER_02

A jak już te warunki zapewni?

SPEAKER_01

To staje z boku i pozwala procesom toczyć się w ich własnym, spokojnym tempie. Po prostu czeka.

SPEAKER_02

Z inną metaforą z tekstu, bo autorka używa sformułowania w przestrzeni przekazuj powietrze i z tym ogrodnikiem to nabiera pełnego sensu, bo czym jest to przekazywanie powietrza, kiedy wpadamy do pokoju z własnym lękiem, ze stoma pytaniami, torbą nieproszonych rat, to zachowujemy się jak ten panikujący ogrodnik. Właśnie. I co wtedy robimy? Dosłownie wysysamy tlen z pomieszczenia. Robi się duszno, ciężko, klaustrofobicznie.

SPEAKER_01

Odbieramy tej osobie przestrzeń na zaczerpnięcie oddechu, nie ma szans na własne rozwiązanie problemu, bo przestrzeń została całkowicie zduminowana przez niepokój ratownika.

SPEAKER_02

Otóż to, przekazywanie powietrza to jest ten świadomy, bardzo celowy krok w tył.

SPEAKER_01

Krok w tył, który komunikuję jestem tu.

SPEAKER_02

Tak, jestem bezpieczną przystanią, mam tę czułości herbatę, ale mam też głębokie zaufanie do Twojej siły. Nie zejjecie swoją paniką.

SPEAKER_01

To jest metafora takiego otwarcia okna w zaduchu.

SPEAKER_02

To wspólne milczenie nad herbatą, to jest chyba najtrudniejsza forma pracy nad sobą. Zauważ, jak żelaznej samokontroli to wymaga.

SPEAKER_01

O, potężnej trzeba opanować ego, które po prostu krzyczy, ja to muszę naprawić, muszę poczuć się potrzebny.

SPEAKER_02

Rezygnacja z tego odruchu, żeby dać komuś spokój, to wyższy poziom inteligencji emocjonalnej.

SPEAKER_01

Czyli to pozorne nic nie robienie okazuje się wręcz najcięższą robotą do wykonania. Zaczyna to mieć mnóstwo sensu.

SPEAKER_02

A to prowadzi nas prosto do ostatniego i być może najbardziej rewolucyjnego punktu dzisiejszej analizy.

SPEAKER_01

Bo dotąd skupialiśmy się na odbiorcy tej troski o sobie w kryzys. Ale co ta transformacja daje nam, osobom pomagającym.

SPEAKER_02

Konkluzja autorki jest bardzo krótka, ale trafia w sedno.

SPEAKER_01

Zgadza się, tekst podsumowany jest takimi słowami: krótko, bo i nie ma o czym więcej. Troszczcie się o swoją przestrzeń.

SPEAKER_02

To zdanie obraca obiektyw kamery o 180 stopni.

SPEAKER_01

Odwraca perspektywę całkowicie. Zastąpienie martwienia się troską to nie jest tylko ładny gest w stronę potrzebującego, ale potężna tarcza ochronna dla nas samych.

SPEAKER_02

Dla naszego własnego układu nerwowego.

SPEAKER_01

Pomyślmy o tym w kontekście tych niskich wibracji. Wpadając w spirale zamartwiania się o innych, dobrowolnie, podłączamy własny system do potężnego źródła lęku.

SPEAKER_02

Zaczynamy rezonować tą samą energią.

SPEAKER_01

Tymczasem dbanie o swoją przestrzeń to jak instrukcja obsługi stawiania żelaznych granic.

SPEAKER_02

Umiejętność oddzielenia swoich emocji od cudego chaosu obok, bo nie można przecież wyciągnąć kogoś z ruchomych piasków, jeśli z solidarności wskoczy się z nim do tego samego bagna.

SPEAKER_01

Wtedy mamy dwie tonące osoby.

SPEAKER_02

Dokładnie. Ten ostateczny werdykt jest bezlitosny, nie można być dla kogoś stabilnym oparciem, jeśli samemu traci się fundament pod nogami. Dbanie o swoją przestrzeń to rygorystyczne zarządzanie własnymi zasobami, równy oddech, pielęgnowanie ciszy.

SPEAKER_01

Zbliżając się do końca naszej analizy, spróbujmy to jakoś zebrać w całość. Ten z pozoru prosty w pis to w gruncie rzeczy lekcja ewolucji.

SPEAKER_02

Przejścia z takiego hałaśliwego, podszytego ego martwienia się na troskę.

SPEAKER_01

Troskę, która jest cicha, lekka, oparta na zaufaniu do drugiej osoby. Sztuka zaparzenia herbaty i zrobienia tego kroku w tył.

SPEAKER_02

I to wnosi niezwykle ważną rzecz do naszej codzienności.

SPEAKER_01

Przynosi ogromną ulgę zdejmuje z barków cały ciężar.

SPEAKER_02

Tak, bo to znaczy, że można zdjąć z siebie obowiązek ratowania całego świata, zachowując empatię, można emanować ciepłem, oferować małe gesty, a jednocześnie nie pozwalać, by czyjś dramat rujnował nasz spokój wewnętrzny.

SPEAKER_01

To faktycznie uwalniająca recepta na pomaganie bez takiego samospalenia.

SPEAKER_02

Absolutnie tak. Zmienia to zasady gry.

SPEAKER_01

Zdecydowanie. Rozbraja cały ten kulturowy wymóg, żeby udowadniać miłość jakimś pokazowym cierpieniem. Bardzo dziękujemy za wspólny czas podczas dzisiejszej analizy.

SPEAKER_02

Dziękujemy i życzymy samych przynoszących ulgę odkryć, mnóstwa czułości i bezpiecznej, wolnej odlęku przestrzeni.

SPEAKER_00

Do usłyszenia dziękuję ci za wspólnie spędzony czas. Niech to co usłyszałeś, pracuje w tobie łagodnie. Jeśli czujesz, że ta treść może kogoś wesprzeć, podaj ją dalej Zapraszam Cię też do subskrypcji: Powodzenia w odkrywaniu własnej prawdy: do usłyszenia! Daduję.