Wiesław Komasa: Moja poetycka kartoteka

Rozdział 4: Gałczyński. Żyć poezją

Wiesław Komasa Season 1 Episode 4

Use Left/Right to seek, Home/End to jump to start or end. Hold shift to jump forward or backward.

0:00 | 23:25

Odwiedziłem niedawno miejsce, w którym poezja nie stanowi odległego tła, a samą esencję życia. Przenika je duch jednego z najbardziej oryginalnych poetów ostatniego stulecia, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Wsiądźcie więc do dorożki i dajcie się zabrać w poetycką podróż. Zapraszam! 

Zapraszam do kontaktu!

SPEAKER_00

Dzień dobry, witam serdecznie. Nazywam się Wiesław Komasa i zapraszam Państwa do mojej poetyckiej kartoteki. Witam Państwa serdecznie na kolejnym spotkaniu naszym o poezji. I dzisiaj mam taki właściwie powód wyjątkowy, każdy powód, jeżeli o poezję, jest wyjątkowy, ale ten takim jest. Wszyscy znamy przecież pamiętamy zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożar, zaczarowany koń. Konstantyc Gauczyński. Oczywiście, ale byłem ostatnio na koncercie w praniu, w muzeum gałczyńskiego i tam gospodarze niezwykli ludzie, Jagienka i Wojciech Kasowie, są gospodarzami oprowadzają muzeum i mówią przepięknie na temat poezji. Na temat poezji miałem okazję, być tam z powodu zaproszenia, miałem tam jechać już wielokrotnie, ale wszystko się zawsze komplikowało i wreszcie pojechałem. Ale to, co zobaczyłem, to przeszło moje największe oczekiwania. Pamiętacie państwo Gałczyńskiego, który pisał, zapytajcie, Artura, daję słowo, nie kłamie, ale było jak ulał sześć słów w tym telegramie. Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń. A ja właściwie w takim telegramie mógłbym pisać zaczarowane miejsce, zaczarowane muzeum, zaczarowani gospodarze, Jagienka i Wojciech, zaczarowani muzycy, zaczarowany koncert, i zaczarowani widzowie. I coś takiego przeżyłem to było niezwykłe, to było niezwykłe. Z powodu właśnie tego koncertu musiałem pochylić się głębiej nad twórczością Gałczyńskiego, bo dawno do niej nie wracałem. Szkoda, szkoda. Mam takie poczucie, żełczyński w tej chwili jest poetą bardziej znanym mojemu pokoleniu. Młodzi ludzie powiem inaczej, młodzi ludzie powinni go poznawać. Powinni poznawać wybitnego poetę, bardzo poetę, oryginalnego, niepowtarzalnego, poetę, który miał taki nieprawdopodobny talent, łatwość i lekkość pisania, pisania słowa. On potrafił słowem zaczarować, ale zaczarować w tym sensie, że jest słowo, ale wokół niego od razu tworzy się jakaś taka przedziwna atmosfera powodu. Po Brukseli chodzę pijany nie wódką, ale dziewczyną kupuję kwiaty jak kretyn, mimozy i tulipany. Po tych ulicach długich, po tych bezkresnych bulwarach szukamy pewnego domu, gdzie okno jest i gitara. Okno jest takie woziutkie, wysokie aż pod chmurami, ze światłem i z tą gitarą, co spada na nas z strunami. W struny okręcam dziewczynę sam do niej, jakby do śniegu, przytulam się i wędrujemy daleko. Deko daleko. Ach, dni są takie śnieżne, a noce takie czerwcowe. I źle mi chociaż położę na jej kolanach głowę, gdy ją uścisnę najmocniej, gdy pocałuje najczulej, gdy pocałunki zabrzęczą tysiąca pszczeli ulem. Bo ciągle czegoś mi mało, bo ciągle czegoś mi szkoda, bo ciągle mi ta dziewczyna przepływa przez palce jak woda. I co ślad jakiś na palcach, na włosach, na biodrach, wszędy i zapach okrążający tataraku i lawendy. Tylko cóż z tego, że upał? Że zapach choć wokół i zima, ta dziewczyna to strumień, jakże strumień zatrzymać. Piękny wiersz, piękny wiersz o takiej fascynacji, którą Konstanty Gałczyński porównuje do takiego stanu oszołomienia, alkoholowego, bo to chodzenie z kimś, o kim się marzy, a którego nie ma, a jest dobrze, bo w mojej wyobraźni ta osoba istnieje. I teraz szukam z tą dziewczyną, okna, okna, gdzie słychać gitarę. To też jest taki stan pewnego, pewnej przyjemnej atmosfery. I w tę strunę i ta wyobraźnia teraz, kroczy. Ona rysuje sytuację, w struny, okręcam dziewczynę, a sam jak płatek do płatka, śniegu przytulam się i wędrujemy daleko, na leko, daleko. Wolny jestem, wolny jestem. Tak. Śniegu to wszystko się toczy jak uturgienie. Śniegu, a emocje są wewnątrz, takie gorące i nie czuję się. Sniegu i co z tego? Ciągle mi czegoś tutaj za mało, ciągle czegoś mi szkoda z przeszłości, albo nie wiem, nie wiem, bo ta dziewczyna, moje wyobrażenie przepływa mi przez palce jak woda? Co z tego wszystkiego, skoro strumień jest nie do zatrzymania, nie do zatrzymania, a im bardziej pragnie się wejść w ten strumie tylko dwiema rękami? No to jak go zatrzymasz, mimo że serce otwarte i żar bucha, żar bucha z ciebie. To takie stanie przed Niagarą i takie zastanowienie. No i co, no i co? Jak mały jestem? A tutaj jest taki pęd, taki pęd. Jak ten pęd zatrzymać? Tak się dzielę tymi moimi przemyśleniami, dlatego, że ten wiersz zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. I jeszcze to porównanie muszę wrócić na moment, gdy pocałunki zabrzęczą tysiąca pszczelim ulem. To jest nadzwyczajne. To jest nadzwyczajne. Tysiąca pszczelim ulem, to fantastyczne. I tak się pochyliłem nad Gałczyńskim, zobaczyłem, jakiej to jest wielkości, jakiego wymiaru poeta. I taki byłem uszczęśliwiony, że teraz byłem tam u niego w leśnicówce, w praniu, że poznałem tych gospodarzy nadzwyczajnych, którzy właściwie po podaniu ręki mówili już tylko o poezji. I takie to ważne, bo sobie zdałem sprawę, że są ludzie, którym właściwie szkoda czasu na tym, żeby mówić na rozpoznanie swoich wewnętrznych terenów. Nie, podaje się rękę i jest przepływ i coś takiego przeżyliśmy z żoną właśnie u nich w Leśniczówce. To było nadzwyczajne, nadzwyczajne. Przecież ten Gałczyński to poeta, którego twórczość jest nie do ogarnięcia, mimo że żył zaledwie 48 lat. A przecież co? Jaką on zostawił wielką poetycką twórczość i tego absurdalne, absurdalne teksty z Teatru Zielona Gęź i poemat zaczarowana dorożka z 1948 roku. Miałem to szczęście, że jeszcze w Krakowie jako student poznałem jego dorożkarza, pana Jana Kacarę. To taka postać niezwykle interesująca, właściwie zbudowana przez gałczyńskiego. Jeździł z nim drożką po Krakowie, odwoził go do domu, recytował mu takie różne frazy, które powstawały tak ad hoc, a kaczara odpowiadał po pewnym czasie rytmem, również Gaczyńskiemu. Gałczyński się zachwycał, powodował jego odwagę i istniał w środowisku krakowskim. Ten dorożkarz istniał. Był zapraszany do piwnicy pod baranami przez skrzyneckiego i wszyscy wiedzieli, znali jego powiedzenie, bo tam parę drożek stało, i ktoś przychodzi do kaczary i mówi pan wolny, a on odpowiadał, nie żonaty, ale mogę panią albo pana odwieźć do chaty. I to chodziło to powiedzenie kaczary po Krakowie. I on stał się takim drożkarzem poetów, drożkarzem poetów, i nawet później później opowiadał przecież o Gałczyńskim, o ich spotkaniach, ich rozmowach. A to pewno na pewno to były ciekawe spotkania wtedy, kiedy człowiek się, taki poeta, jak Gauczyński otwiera się na inny wymiar wobec człowieka, który go słucha. A przecież jeszcze te wielkie rzeczy, które Gauczyński zostawił, płacz poizoldzie, wiersze lyczne z 52 roku, czy słynne, i najbliższe wszystkim pieśni z 1953 roku i ten tekst, ile razem dróg przebytych, ile ścieżek przedeptanych, ile deszczów, ile śniegów wiszących nad latarniami, oczy Twe jak piękne świece, a w środku źródło promienia. Więc ja chciałbym Twoje ręce, Twoje serce zachować od zapomnienia. Pamiętamy, śpiewał to Grechuta, bo przecież bardzo dużo tekstów, które śpiewali nasi wspaniali wykonawcy i Maryla Rodowicz, Anna German i turnał, to są właśnie teksty tekst gałczyńskiego. Podobnie jak ukochany kraj, który śpiewa zespół Mazows. No to właśnie ten tekst napisał Gałczyński. A tutaj powracając jeszcze na chwilę do tej leśniczówki w praniu, ona jest rzeczywiście zaczarowana, jest gdzieś głęboko w lesie i nagle otwiera się przed tobą coś niezwykłego, jakby nie z tego świata. Obok jezioro, a tutaj jest scena przygotowana, obok Muzeum Gałczyńskiego i pełna, pełna atmosfera oczekiwania na poezję, grał wspaniały zespół trio Łukasza Korbaczewskiego, Maciej Fronckiewicz na akordeonie, Bartosz Miller na perkusji i coś mieli takiego wspaniałego ci młodzi ludzie, że ja im zaproponowałem, żebyśmy tak dialogowali. To znaczy, żebyśmy improwizowali, żeby oni wchodzili muzycznie w pewnym momencie w moją poezję, a ja z kolei będę wchodził w ich przestrzeń muzyczną. I wyobraźcie sobie, że to nam się udało. To jest taka rzadkość, nie wiem, czy podobnego gustu, podobnej wrażliwości, podobnej koncentracji, i tak czułem, że to był taki duży, śniegowy bałwan, który się tak toczył, toczył w muzyce, w słowie poetyckim piękna publiczność jakoś tak odświętna, jakaś taka odświętna, słuchała jak zaczarowana, mało tego, niektórzy z nich, z widzów byłem zaskoczony, bo mówiłem wiersze nie te najbardziej znane, popularne, tylko wybrane, wybrane. I zorientowałem się, że ludzie, ludzie mówią ze mną to było nadzwyczajne. I Gałczyński nazwany był księciem cyganeri. Książe cyganeri. Niezwykłe, burzliwe wszystko było w nim i dlatego tak burzliwie się to wszystko toczyło. To prawda, to prawda, ale to był poeta utalentowany. On miał talent, miał talent, pisał niebieskim atramentem wszystkie wiersze i nawet jego córka Kira Gauczyńska napisała książkę pod tytułem Zielony Konstanty. Ale jego życie było bardzo, bardzo ciekawe. No, książe zasłużyć sobie na to, żeby ludzie określali go takim mianem książeczki. No to trzeba sobie zasłużyć. Trzeba sobie zasłużyć. I tak sobie pomyślałem, że szkoda jednak, że za mało się wraca do Gauczyńskiego, a przecież to rzadki poeta, jeszcze w czasach mojej młodości były konkursy na przykład konkurs wiersza gałczyńskiego, jednego wiersza. Wcale on mimo, że jest taki prosty i taki szalony, wcale on znowu nie jest taki łatwy do powiedzenia, bo jednak krąży gdzieś tam, po tych swoich gwiazdach, po tych swoich wrażeniach i jakiś rozmowach wewnętrznych, to bardzo pięknie w tych pieśniach mówi Gałczyński. Jesteśmy w pół drogi, droga pędzi z nami bez wytchnienia. Chciałbym i mój ślad na drogach ocalić od zapomnienia. Tak trzeba zwrócić na to uwagę, żeby ten ślad Gałczyńskiego był wyrazisty. I muszę powiedzieć, że wyjeżdżałem z tej leśniczówki po spotkaniu ze strofami Gałczyńskiego, i tak sobie myślałem, że jednak Różewicz to określa tak ciężko, że jest taka bezguście wokół, bezguście wokół nas i tego jest za dużo. I wyjeżdżając z tej leśniczówki pomyślałem sobie, że jednak warto poszukać i znaleźć te ślady, te ślady poetyckie w życiu po ludziach, którzy mieli to powołanie i talent, żeby coś zostawić, coś, co jak perły zostawia się do odkrywania. Już tam zaszło wtedy słońce, jak odjeżdżaliśmy, wyszły gwiazdy, które się odbijały. Jeziorze i żegnaliśmy się z pięknymi gospodarzami, krzyknęliśmy poezji szczęść Bożej, a oni nam odpowiedzieli z Bogiem i tak skończyło się to nasze spotkanie poetyckie jak drzewie, bywało.